9 bardzo (nie)potrzebnych rzeczy dla niemowlaka

łóżeczkoCzas przed narodzinami dziecka to oczekiwanie, planowanie i… kupowanie. Lista przedmiotów, o których słyszysz, że koniecznie, ale to absolutnie koniecznie musisz je mieć, wydaje się nieskończenie wręcz długa.

Jak każda mama, tak i ja, czytałam, słuchałam, przyglądałam się temu, co dla swoich pociech wybierają inne mamy i oczywiście – kupowałam. Przepisowy tata próbował stopować moje zakupowe zapędy, ale sami wiecie, jak to jest dyskutować z kobietą w ciąży – miał takie możliwości przekonania mnie jak mrówka w pojedynku ze słoniem :P.

Stopniowo jednak, z każdym kolejnym kolejnym dniem życia naszej córeczki, musiałam zacząć przyznawać mu rację.

Oto lista 9 rzeczy dla niemowlaka, które u nas – choć niby niezbędne – kompletnie się nie sprawdziły.

  1.  Kołyska

Bardzo chciałam, żeby nasza córeczka miała kołyskę. Oczami wyobraźni widziałam jak leży w niej, patrząc na poruszającą się nad nią karuzelką, jak usypiamy ją bujając kołyskę… Widziałam to jeszcze, gdy w trzeciej dobie życia córeczki wróciłyśmy do domu. Próbowałam widzieć oczami trzymanymi na zapałkę przez większą część nocy. A później się poddałam. Maluszek był cały czas głodny i jedyne, czego chciał, to cały czas być przy mojej piersi. Ponieważ ja nie zmieściłabym się do kołyski nawet przed ciążą, naturalną koleją rzeczy gdzieś ok. 5 nad ranem córka wylądowała w naszym łóżku 😉 Okazało się to rozwiązaniem szalenie wygodnym – zamiast wstawać każdej nocy kilka do kilkunastu razy, brać dziecko do karmienia, później znów wstawać i je odkładać, miałam je po prostu przy sobie. A kołyska? Cóż, stała sobie obok naszej wersalki, a teraz wciąż czeka aż zmobilizuję się, zrobię zdjęcie i wystawię ją na sprzedaż na aukcji internetowej.

  1. Łóżeczko

Kołyski przewidziane są dla dzieci do 6 – ego miesiąca życia, więc oprócz kołyski mieliśmy także przygotowane łóżeczko – prezent od przyjaciół 🙂 I tutaj nastąpił ciąg dalszy historii z kołyską – łóżeczko stało obok naszego łóżka, puste w nocy, w dzień na kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut używane przez naszego bobasa do… nauki wstawania.

  1. Karuzelka

Miała być „dopełnieniem” do kołyski, a później do łóżeczka. Miało być jak w reklamie – uśmiechnięty bobas macha nóżkami i rączkami do ruszających się nad jego główką zabawek, a przy muzyczce dobiegającej z karuzeli zamyka grzecznie oczka i oddaje się w objęcia Morfeusza. Taaak, jasne, pomarzyć wolno każdemu 🙂 Nasza córeczka nie wykazywała karuzelką prawie żadnego zainteresowania. Rączki wyciągała do góry jedynie po to, by ściągnąć z niej pluszowe pszczółki, które następnie pakowała do buzi.

Tym samym doszedł nam kolejny przedmiot, który musimy sprzedać. Nawet, jeżeli zdecydujemy się na kolejne dziecko, już nie wierzę w przydatność karuzelki. Widzę, że maluchy zdecydowanie wolą, gdy śpiewa lub nuci im mama niż jakakolwiek pozytywka.

     4. Pościel do łóżeczka

Nie używając kołyski czy łóżeczka, nie używaliśmy także ślicznej pościeli w misie. Zamiast tego mieliśmy kocyki (bardzo, bardzo przydatne) i śpiworek (też całkiem fajna rzecz) 🙂

  1. Wózek

Na całe szczęście nie daliśmy się zwariować i nie kupiliśmy wózka za kilka tysięcy złotych 🙂 Wózek wysłany z drugiego końca Polski kosztował nas grosze, wręcz przypuszczam, że nasi przyjaciele, którzy go dla nas zorganizowali, za przesyłkę zapłacili drugie tyle, jeżeli nie więcej. Spacery w wózku były dwa, o czym ci z Was, którzy zaglądają tu regularnie na pewno wiedzą (pisałam o tym tutaj: link). Prób stawiania wózka na balkonie celem zapewnienia dziecku możliwości spania na powietrzu było kilka. Bez powodzenia.

Oddaliśmy wózek w ręce kolejnej przyszłej mamy, a spacerówki zwyczajnie nie kupiliśmy.

  1. Przewijak

Jeszcze zanim okazało się, że jestem w ciąży, z zachwytem w oczach przyglądałam się jak moja przyjaciółka sprawnie przewija swoją córeczkę na przewijaku, myślałam jak to fajnie, że wszystko pod ręką – i pieluszki, i kremik, i puderek. Czekając na narodziny własnego dziecka przypominałam sobie to wszystko i oczywiście – jak to kobieta – uparłam się, że muszę, ale to koniecznie muszę mieć komodę z przewijakiem.

O tym, że to wcale nie musi być taki świetny pomysł, próbował przekonać mnie już kurier, który przywiózł ten mebel. Zwyczajnie nie miał zamiaru ani chęci wnosić 20 – kilogramowej przesyłki na nasze wówczas trzecie piętro. (Wniósł ją przepisowy tata, który na szczęście był wówczas w domu).

Komoda z przewijakiem stanęła w mniejszym pokoiku, o którym myślałam jako o przyszłym pokoju dla córeczki. I to zdecydowanie nie był dobry pomysł. Zaraz po porodzie nie miałam wcale siły na bieganie z dzieckiem do drugiego pokoju w celu przewinięcia go. Próbowałam. W dzień jeszcze jakoś to szło, w nocy zgrzytałam zębami i zaczynałam zastanawiać się kiedy wpadnę w furię. Zamiast tego zaczęłam przewijać Małą wszędzie tam, gdzie byłam, a gdzie znajdowała się jakakolwiek powierzchnia płaska. Po dwóch miesiącach nie potrzebowałam już nawet powierzchni płaskiej, mogły być np. moje kolana 🙂 Przewijaka tym bardziej nie, więc zwyczajnie zniknął znad komody 🙂

  1. Mata edukacyjna

Fajna rzecz taka mata, prawda? Nic tylko położyć brzdąca, niech się bawi – niech dotyka, poznaje, a jak materiał zapiszczy albo zaszeleści, to się uśmiechnie… W przypadku naszej córeczki nic bardziej mylnego. Mata nie była dla niej żadnym wyzwaniem, żadną atrakcją. Położona na niej szybko sama znajdowała drogę na podłogę (turlanie się, raczkowanie). Co ciekawe, materiałową książeczkę, która szeleściła, piszczała i wydawała inne dźwięki polubiła od razu.

      8. Podgrzewacz do butelek

Bardzo chciałam karmić córeczkę piersią, ale nie wiedziałam czy to będzie możliwe. Czy ja dam radę, czy ona będzie chciała ssać pierś, czy będzie się najadać. Z tego względu na nasz przyjazd ze szpitala oczekiwały także butelki i podgrzewacz do nich. Szybko okazało się, że córeczka jest typowym ssakiem, który maminą pierś przedkłada ponad wszystko inne na świecie. Z podgrzewacza nie skorzystaliśmy więc ani razu.

      9. Smoczki

Nasz mały ssak dostał kilkanaście smoczków. Sprawdzaliśmy czy któryś przypadnie jej do gustu. Odpowiedź brzmi: nie. Pluła smoczkami pod sufit podobnie jak w dzieciństwie jej tata 🙂

Oczywiście – każde dziecko jest inne. Ma inne potrzeby, inne oczekiwania. Inni są też rodzice. To, że coś nie sprawdziło się u nas nie oznacza, że u Was nie będzie przydatne lub że nie stanie się wręcz rzeczą, bez której po prostu nie da się żyć 🙂

Ciekawa zresztą jestem czy ta lista to tylko u mnie, czy może u Was też? Zdarzyło się Wam kupić dla dziecka coś, co nie zdało egzaminu?

Prawa do zdjęcia należą do: Roy Caruana – Clark

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *