Bajki na skraju prawa i codzienności

prawie bajkiDziecko. Mały cud zdobywający nowe doświadczenia każdego dnia. Do niektórych z nich zachęcamy je z całych sił (pamiętasz powtarzane jak mantrę: „powiedz ma-ma”, „chodź do mnie”? 🙂 ), przed innymi staramy się (słusznie lub nie) równie silnie uchronić.

Czy powinniśmy otwierać przed dzieckiem drzwi do świata prawa? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

CZY DOŚWIADCZYĆ

ZAWSZE ZNACZY DOTKNĄĆ?

Gdy nasza – wówczas siedmiomiesięczna – córeczka zaczęła chodzić przy meblach, wyobraźnia zaczęła podsuwać nam drastyczne obrazy nie tylko obitych kolanek, guzów na czole, ale również połamanych rączek i nóżek. Internet niczym najtroskliwszy z rodziców podsunął świetne wydawać by się mogło rozwiązanie: kupić kask. Nie kupiliśmy, choć nie ukrywam, że diabełek siedzący na naszych ramionach kusił nieustannie. Uznaliśmy (ufff), że nie ma innej opcji nauki chodzenia jak poprzez naukę upadków.

Z prawem jest na szczęście trochę inaczej – nie wszystko musimy poznać empirycznie, dotknąć, zbadać, polizać. Nie trzeba kraść jabłek z ogrodu sąsiada, by wiedzieć, że grozi za to kara. Taka wiedza nie przychodzi jednak sama, a to głównie my – rodzice – decydujemy o tym, czy i jak szybko nasze dzieci zaczną poznawać świat prawa. Świat, który choć mógłby wydawać się odległy od zainteresowań malucha, tak naprawdę jest na wyciągnięcie ręki.

ŚWIAT DOROSŁYCH STAJE SIĘ ZAWSZE TAKŻE ŚWIATEM DZIECI

Dzieci prawników znają go od najmłodszych lat. Moja pociecha część swoich pierwszych kroków stawiała na schodach w budynku sądu, na korytarzach pomiędzy salami, w których odbywały się rozprawy, a nawet w czytelni akt. Sąd to dla niej miejsce przyjazne, choć wie, że to nie tylko miejsce czytania i składania różnych dokumentów, ale także pole walki (wersja dla trzylatki: walczymy z czarownicami 😉 ).

Nie zna jeszcze znaczenia wielu słów, jakich używam, ale przysłuchuje mi się uważnie (także wówczas, gdy prowadzę rozmowę na tematy zawodowe) i myślę, że za jakiś czas mogę – wśród kilku tysięcy innych 🙂 – spodziewać się także pytań w stylu „Mamo, a co to jest pozew?”, „A kto to jest adwokat?”, „Dlaczego mamy polisę?” i wielu, wielu innych.

„KIEDY BYŁEM MAŁY PYTAŁEM GDZIE? I CZY?…”

Takie pytania zadają dzieci i prawników, i nie – prawników. Przypuszczam, że dla tych, którzy nie mają związków zawodowych ani prywatnych ze światem prawa, udzielanie odpowiedzi na pytania z nim związane, to czasami zadanie z gatunku „level hard”, podobnie, jak dla mnie pytania o bakterie (tak, tak – ostatnio snujemy rozważania o bakteriach chorobotwórczych i dobroczynnej florze bakteryjnej!).

O ile jednak już od dłuższego czasu ku pomocy rodziców w tłumaczeniu biologii, historii czy fizyki idą różne książeczki, gazetki, bajki, o tyle przybliżanie dzieciom świata prawa to pewnego rodzaju nowość. O bajkach o prawie pisałam już tutaj.

BAJKI, BAJKI, BAJKI PRAWIĘ…

Kilka tygodni temu „Prawie bajki. Nieznajomość prawa szkodzi” doczekały się kontynuacji, a książeczka „Prawie bajki. Twarde prawo, ale prawo” stanowiła dla mnie bardzo miłą niespodziankę 🙂

Ponieważ znalazła się w moich rękach pod koniec maja, w głowie świtało mi, by przeczytać ją wraz z moją córeczką w Dniu Dziecka,. W tamtym czasie mój głos tkwił jednak w krainie niebytu i pomysł okazał się niemożliwy do zrealizowania. Przeczytałyśmy książeczkę razem dopiero kilka dni temu, a ja nadal myślę, że byłaby fajnym prezentem na 1-ego czerwca (i nie tylko).

O CZYM JEST TA KSIĄŻKA?

„Prawie bajki” ponownie opowiadają nam o marzeniach i o tym, w jaki sposób może (choć wcale nie musi) je zburzyć rzeczywistość. To opowieść o emocjach i o odpowiedzialności (zwłaszcza, choć nie tylko, rodzicielskiej). To wprowadzenie do tematu „Czym jest szkoda?” i wspólne poszukiwanie odpowiedzi na pytania: „Kto za nią odpowiada?”, „Na czym polega ta odpowiedzialność” i „Czy można jakoś się z niej zwolnić?”.

Emilka, Oskar, rowery i Piraci z Karaibów… Co ich łączy? W jaki sposób w ich świat wkracza „twarde prawo, ale prawo”? Dowiesz się, zaglądając do „Prawie bajek” 🙂

CIESZY OKO…

także grafika „Prawie bajek”. Podobnie, jak w przypadku pierwszej części książeczki, tak i tu znajduję troszkę ilustrowanych odniesień Przemysława Liputa do słynnego „Mikołajka”, a rysunki kolejny raz zdecydowanie pomagają w „czytaniu” – zwłaszcza najmłodszym dzieciom.

Miłego czytania!

PS Tak, na książeczce na zdjęciu widać ślady małych łapek mojej córki. Przejdą do historii, bo nie mam pomysłu czym je odczyścić 😉

„Prawie bajki. Twarde prawo, ale prawo”

Autor: Jakub Skworz

Wydawnictwo: PragmatIQ sp. z o.o.

Stron:63
Okładka: twarda

Cena rynkowa:39,90 zł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *