By sen nie zmienił się w koszmar czyli… gdzie jest moje dziecko?

cień dziecka„Miałem kiedyś piękny sen, naprawdę piękny sen (…)” śpiewał niegdyś Rysiek Riedel, a i ja mogłabym tak zaśpiewać… Ale tylko do połowy snu… W tym śnie jesteśmy całą naszą trójeczką na koncercie Szalom na ulicy Szerokiej w Krakowie. Jest gwarno, tłocznie, radośnie. Nasza córeczka radośnie pokrzykuje, kręci się w kółeczko, macha rączkami. I nagle… znika mi z pola widzenia. Wiem, że przed chwilą jeszcze była tu obok mnie, wiem, że nie może być daleko. Ale gdzie jest? Tego nie wiem. Ogarnia mnie panika, zaczynam krzyczeć „Gdzie jest moje dziecko?”, rozpycham się łokciami, przedzieram przez tłum, małej nigdzie nie widać. Znajdujemy ją tuż pod sceną, dalej tańczy w kółeczko nieświadoma tego, jak wielkiego strachu nam napędziła. Ulga, jaką odczuwamy, jest niewyobrażalna.

To sen. To tylko sen. A ile stresu. Nie wyobrażam sobie przeżywania go na żywo.

Nie wyobrażam sobie też zabrania ze sobą małego dziecka na koncert czy na mecz – za dużo ludzi, za dużo emocji, za duże niebezpieczeństwo, że ktoś je potrąci, szarpnie, zadepcze. Organizatorzy imprez masowych biorą na siebie odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa ich uczestnikom. Ale tak naprawdę za bezpieczeństwo naszego dziecka odpowiadamy my sami. I to my musimy w pierwszej kolejności zastanowić się nad tym, czy w ogóle jest sens zabrania naszej pociechy na koncert, mecz czy inne wydarzenie publiczne. Czy dziecko przypadkiem nie będzie się tam nudzić? Czy my sami będziemy w stanie bawić się równocześnie cały czas mając wzrok skierowany na naszego malucha? Brzmi troszkę jak „mission impossible”, prawda? 🙂

Myślę, że trzeba przede wszystkim patrzeć na potrzeby i oczekiwania małego człowieka, a nasze potrzeby „wyjścia do świata” nie tyle odłożyć na bok, co zwyczajnie zmodyfikować.

Napisałam, że nie wyobrażam sobie zabrania małego dziecka na imprezę masową… ale…

Od każdej zasady są wyjątki. I u nas było tak samo – w czerwcu braliśmy udział w biegu charytatywnym na rzecz chorej dziewczynki – córeczki mojej koleżanki. Biegliśmy wszyscy troje, choć określenie „biegliśmy” jest baaardzo naciągane 🙂 Po prostu przeszliśmy szybkim krokiem te 5 kilometrów. Nasza córeczka miała wówczas niecałe 13 miesięcy i jeszcze nie rwała się do pokonywania długich dystansów samodzielnie – i tak naprawdę tylko dlatego mogła wziąć udział w imprezie razem z nami. Mieliśmy ze sobą nosidło turystyczne i zwykłe nosidełko, koniec końców sprawdziło się to ostatnie, a maluszek przespał prawie cały bieg 🙂 Ale… była jeszcze na tyle mała, że mogłam iść te 50 minut niosąc ją na sobie, a ona była z tego powodu całkiem zadowolona… Potrzeby dziecka i nasze dało się więc spokojnie pogodzić. Nie wyobrażam sobie tego jednak teraz, gdy praktycznie przez 80% czasu chce iść sama, a wszystko kusi, by podejść, obejrzeć, dotknąć.

Wiem, to naturalne. Tak jest skonstruowany człowiek. Musi poznać świat. A ciekawość świata dziecka nie zna granic 😉 Jak nad tym panować? 🙂 Jak zapewnić bezpieczeństwo dziecku nie tylko na imprezach masowych, ale w miejscach publicznych w ogóle?

Jak czuwać nad tym, by nie zgubić dziecka na plaży czy między półkami sklepowymi – ot, choćby teraz w przedświątecznym szale zakupów?

Słyszałam o różnych pomysłach – o trzymaniu dziecka na szelkach (dla mnie – o zgrozo!), o zakładaniu dziecku bransoletki z imieniem i nazwiskiem dziecka i numerem telefonu rodzica (tu jestem całkiem za) i o kilku innych. Chętnie jednak dowiem się co Wy o tym sądzicie? Jakie macie pomysły i sposoby? 🙂

Prawa do zdjęcia należą do: Aron Kremer

4 thoughts on “By sen nie zmienił się w koszmar czyli… gdzie jest moje dziecko?

  • 1 grudnia 2015 o 7:20 pm
    Permalink

    My pierwsze wyjście na taką na prawdę dużą imprezę masową – typowo dziecięcą (Disney on Ice) miałyśmy niedawno. Mimo, że córka ma prawie 4 lata, strach był. Po pierwsze zadbałam o towarzystwo – drugą mamę z dzieckiem. Dziewczyny trzymały się więc nie dość, że nas to jeszcze siebie. Do tego zadbałyśmy o opaski z imieniem i nr telefonu. Lepiej za dużo zabezpieczeń niż za mało. Poza tym starałyśmy się omijać tłumy na korytarzach. Koniec końców zabawa byłą przednia ( i oczywiście bezpieczna). Pierwsze koty za płoty….

    Odpowiedz
    • 1 grudnia 2015 o 10:40 pm
      Permalink

      🙂 Świetny pomysł z drugą mamą z dzieckiem! Muszę wypróbować, gdy i u nas przyjdzie pora na duże imprezy. W sumie to jest rozwiązanie, które sprawdza się też na placykach zabaw i na plaży – jeżeli mam jest więcej, to i dziecko (a w sumie wszystkie dzieci) jest jakby bardziej „pilnowane” 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *