Dziecko w plecaku czyli o wychowaniu bez wózka słów kilka

cropped-cropped-P8101053.jpgXIX wiek to wiek wynalazków, postępu, a wreszcie czas pojawienia się wózka dziecięcego.

II połowa wieku XX – wózki stają się już tak powszechne w użytku, że młode mamy nie wyobrażają sobie, by wózka nie mieć.

XXI wiek – wózków Ci u nas dostatek, do koloru, do wyboru.

2014 rok – kupujemy używany głęboki wózek dla maleństwa, które jeszcze jest w brzuszku, robimy to pod mocną presją społeczno – rodzinną, bo jak to tak – bez wózka?! Wózek to „must – be”, bez wózka się nie da, dziecko może nie chcieć być noszone itd. itp. Myślę, że argumentację „za” posiadaniem wózka zna każda mama 🙂


maj/czerwiec 2014 roku – na świat przychodzi nasza córeczka, a wraz z nią czas na pierwszy spacer… w wózku… Pierwszy i…. przedostatni. Takie spacery były łącznie dwa, a gdybym była na spacerze z dzieckiem sama – skończyłoby się na pierwszym.

Dla mnie wózek to dodatkowe kilogramy, które trzeba „podrzucić” na krawężniku, wnieść do autobusu czy tramwaju. To mocne odseparowanie od dziecka, które przecież przez 9 miesięcy było przeze mnie noszone w brzuszku.

Zdecydowanie wolałam czuć swoją córkę blisko 🙂 Przez pierwsze trzy miesiące nosiłam ją w chuście, która bardziej przypominała worek, zakładany przez ramię i opadający na mój brzuch (tu dodatkowa zaleta – brzuszek pociążowy nie był dzięki temu aż tak widoczny 🙂 ). Mała układała się w podobnej pozycji do tej, jaką przyjmowała w moim brzuchu, śmialiśmy się nawet, że przedłużyliśmy jej okres życia brzuszkowego. Chętnie zasypiała w chuście, a gdy zaczął się czas kolkowania to właśnie dzięki niej łatwiej całej naszej trójce było przetrwać. Po prostu chodziliśmy na dłuuugie spacery, a dzidziuś kołysał się przez ten czas na moim brzuchu i uspokajał.

Wykorzystaliśmy chustę ile się dało, a później… córeczka urosła i raz, że przestawała się w niej mieścić, dwa, że coraz częściej chciała patrzeć na świat wokół. Znów pojawił się temat wózka, że może spacerówka później, że Mała coraz cięższa, że… że… że…. Nie ugięliśmy się 🙂 Prawie rok temu kupiliśmy nosidełko do trzymania na piersi i używamy go do dziś.

Jak to powiedziało jedno z mijających nas któregoś dnia dzieci noszę dziecko w plecaku (o ile nie ma ochoty chodzić na swoich nóżkach) i wciąż nam – i dziecku, i mi – to odpowiada. Z nosidełka świat jest bliżej dziecka niż z głębi wózka, bliżej jest też do piersi mamy, na której w razie potrzeby można smacznie spać.

W „nosidłowym plecaku” noszę swój największy skarb. Mogę dojść wszędzie, czy to plaża, czy góry, czy las. Mogę zabrać dziecko na grzyby, na spacer, na wspinaczkę. Mogę wszystko. Łamię schemat. Wózka nie ma i nie będzie – moja córka chodzi coraz więcej i szybciej i nie zamierzam jej tego bronić.

To zresztą kolejny plus wychowywania dziecka bez wózka – szybkie próby chodzenia i samo chodzenie. Nasza córka miała 7 miesięcy, gdy zaczęła chodzić przy meblach, 10, gdy uznała, że czas puścić meble. Teraz, chwilę po skończeniu 15 miesięcy jest zwinna jak małpka, szybko i dość daleko chodzi na własnych nóżkach (ok.1 km trasa nie jest już żadnym wyzwaniem), wspina się, gdzie tylko się da i gdzie jej pozwolimy. Zawsze wydawało mi się, że mam bogatą wyobraźnię, ale nie bardzo potrafię zobaczyć w myślach wpakowania jej do wózka i wiezienia przez świat.

Co ciekawe, widzimy wielu rodziców, którzy mają o wiele bogatsze wyobraźnie – wożą swoje pociechy (co ważne, o zdrowych nóżkach) nawet, gdy te skończą cztery czy pięć lat.

Hmmm jednak wolę naszą wyobraźnię i świadomość „plecakową” :D.

Mały dopisek ponad rok później – daliśmy radę i jestem z tego bardzo dumna 🙂