Jestem mamy i taty

dłonie - rodzinaGdzieś między pierwszą gwiazdką w wieczór wigilijny a Nowym Rokiem zapominam całkiem o realnym świecie, wkraczam w świat smaków, zapachów, życzeń, prezentów i postanowień… Jak widać po ciszy na blogu, w tym czasie także nie piszę. Bo… nie ma czasu.

Ważniejsze jest, by wsłuchać się w śmiech naszej córeczki… Naszej – tak mojej, jak i jej taty.

Czasem zapominam się i mówię „moja”, ale już sama jej buzia przeczy temu twierdzeniu – widzę jej tatę w oczach, policzkach, krawędzi brody, w spojrzeniu, w uśmiechu… Widzę – i cieszę się z tego, co widzę 🙂 I myślę o tym, jak wiele szczęścia ma dziecko, które ma możliwość codziennie widzieć swoich rodziców, bawić się z nimi, rozmawiać, śmiać się, płakać w ich ramionach, przytulać, dzielić problemami… choćby samo nie zdawało sobie z tego sprawy.

Wiem, czasem po prostu tak jest, że ludzie nie mogą lub nie potrafią być razem. Znam ludzi, którzy mimo tego starają się, by ich dzieci miały szansę nawiązywać i zacieśniać więź także z tym z rodziców, z którym nie mieszka. Wiem, że są mamy, które mimo trudnych relacji z ojcami swoich dzieci, zagryzają zęby i pozwalają na wycieczki dziecka z ojcem, na nocowanie u taty, na jego stałą obecność w życiu dziecka. Ale wiem też,że czasem niestety tak jest, że jedno z rodziców utrudnia drugiemu kontakty z córeczką czy synkiem…

Słyszeliście może o kampanii „ Jestem mamy i taty”, zorganizowanej w 2014 roku przez Rzecznika Praw Dziecka? Miało być o niej głośno, miała mieć mocny wydźwięk w prasie, telewizji i Internecie. A tymczasem ja – codzienny użytkownik Internetu – całkiem przypadkiem dowiedziałam się o niej z plakatu w urzędzie miasta… Na plakacie widać rudowłosego chłopca, a obok niego słowa: „Nos mam po tacie, a piegi po mamie, a tak naprawdę czy się to komuś podoba czy nie zawsze, ale to zawsze jestem mamy i taty”. Faktycznie tak jest – dziecko zawsze jest mamy i taty. Nie tylko mamy, nie tylko taty.

Kampania Rzecznika Praw Dziecka miała zwrócić uwagę społeczeństwa w szczególności na sytuacje okołorozwodowe, na zagrożenie poczucia bezpieczeństwa dziecka, gdy jego świat rozpada się na kawałki.

Ale czy tylko w takich sytuacjach powinno się pamiętać o tym, że dziecko jest nasze wspólne, a nie tylko mamy albo tylko taty? Dlaczego tak często sami „przypisujemy” dziecko jednemu z rodziców?

Nie zliczę chyba ile razy w różnych miejscach i od różnych ludzi słyszałam, że ta dziewczynka to córeczka tatusia, a tamten chłopczyk to synek mamusi i tym podobne sformułowania. Nie wiem też jak wielka jest skala zjawiska „wychowywania” dziecka przez jednego z rodziców przy zmarginalizowaniu albo wręcz uniemożliwieniu wykonywania roli przez drugiego z nich. Widzę to zjawisko bardzo wyraźnie i choć wciąż nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie z czego ono wynika, coraz bardziej upewniam się w przekonaniu, że działa to destrukcyjnie zarówno na linii rodzic – dziecko, jak i mama – tata.

Przepisowy tata jest bardziej surowy niż przepisowa mama, częściej wymaga, częściej czegoś zabroni. Z drugiej strony to on huśta córeczkę na huśtawkach tak, że znajduje się prawie na wysokości ptaków, podczas gdy mi serce zamiera w bezruchu. To on pokazuje śnieg i pozwala go dotykać (choćby był to najczarniejszy śnieg świata), to on pokazuje zwierzątka, uczy, jak do nich podejść… Mogłabym tu wyliczać różne przykłady i przykładziki, tak, jak każda inna mama 🙂 Nie to jednak jest ważne.

Ważne jest, by pamiętać, że nie jest możliwe „rozłożenie” obowiązków rodziców wobec dziecka dokładnie „pół na pół”, tak, jak nie da się wyliczyć ilości pieluch zmienionych przez mamę i tatę, nie da się zmierzyć godzin nocnego bujania, śpiewania czy karmienia, godzin zabaw, rozmów… Ale mimo, że nie da się tego zmierzyć żadną skalą, trzeba pamiętać, że dziecko jest i mamy, i taty. I potrzebuje ich obojga – niezależnie od tego, czy mieszkają z nim pod jednym dachem, czy nie.

Prawa do zdjęcia należą do: Pal Csonka