Jestem na nie dla całkowitego zakazu aborcji

life-10-weeks-1439841-1280x960Wiem, że to może być tekst, za który mnie pokochacie. Ale wiem też, że z drugiej strony właśnie za ten tekst możecie mnie znienawidzić.

O czym będzie? O całkowitym zakazie aborcji, który jak na razie jest w wyłącznie w żądaniach Episkopatu i projekcie ustawy złożonym w Sejmie, ale który w obecnej sytuacji politycznej ma wielką szansę na to, by stać się rzeczywistością.

Zgłaszam weto podobnie jak wiele innych kobiet w Polsce. Nie tylko jako kobieta, matka, ale także jako prawnik.

Obecna regulacja prawna (art. 4a ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży) dopuszcza przerwanie ciąży w 3 przypadkach:

  • gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,

  • gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,

  • gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego np. gwałtu.

Taki zapis w ustawie to wynik kompromisu. Kompromisu, który ciężko było i nadal jest wielu ludziom przyjąć. Z reguły tym, którzy nigdy nie będą mieli problemu z ewentualną koniecznością usunięcia ciąży.

Gdy myślę o tym, że miano by całkowicie zakazać aborcji kobietom, dla których ciąża ta jest zagrożeniem, przypomina mi się głośna kilka lat temu sprawa Alicji Tysiąc.

Dla tych, którzy sprawy nie znają, przypominam:

Alicja Tysiąc, gdy dowiedziała się, że jest kolejny raz w ciąży, miała już dwoje dzieci, a obie wcześniejsze ciąże wiązały się z powikłaniami zdrowotnymi. Miała także poważną wadę wzroku – w każdym oku wadę −20 dioptrii, spowodowaną postępującą retinopatią. Trzech lekarzy okulistów, do których udała się wiedząc już o trzeciej ciąży stwierdziło, że ciąża ta może spowodować, iż kobieta straci wzrok. Mimo tego żaden nie wydał jej dokumentu, pozwalającego na legalne przerwanie ciąży ze względów zdrowotnych. Dokument taki wydał jej internista, jednak w szpitalu, do którego się z nim udała, ginekolog uznał, że istniejące u niej zagrożenie jest niewystarczające, by przeprowadzić zabieg.

Urodziła dziecko. Trzecie dziecko. Podczas porodu doszło do wylewu krwi do plamki żółtej oka. Wada wzroku pogorszyła się do – 26 dioptrii. I w każdej chwili może pogorszyć się jeszcze bardziej. A w tej chwili kobieta ma już nie dwoje, lecz troje dzieci, którymi musi się zająć.

Ponieważ polska prokuratura umorzyła dochodzenie, Alicja Tysiąc złożyła skargę na Rzeczpospolitą Polską do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. I wygrała tą sprawę.

Alicja Tysiąc powoływała się na naruszenie przez polskich urzędników zapisów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka:

  • Art. 3: Nikt nie może być poddany torturom ani nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu.

  • Art. 8: Każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego, swojego mieszkania i swojej korespondencji.

  • Art. 13: Każdy, czyje prawa i wolności zawarte w niniejszej konwencji zostały naruszone, ma prawo do skutecznego środka odwoławczego do właściwego organu państwowego także wówczas, gdy naruszenia dokonały osoby wykonujące swoje funkcje urzędowe.

  • Art. 14: Korzystanie z praw i wolności wymienionych w niniejszej konwencji powinno być zapewnione bez dyskryminacji wynikającej z takich powodów, jak płeć, rasa, kolor skóry, język,religia, przekonania polityczne i inne, pochodzenie narodowe lub społeczne, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie bądź z jakichkolwiek innych przyczyn.

Przywołuję te przepisy, bo coś mi się zdaje, że w naszym państwie za łatwo zapomina się o tym, że podpisanie umowy międzynarodowej zobowiązuje do jej przestrzegania.

Odnosząc się choćby do treści art. 3. Europejskiej Konwencji, którą Polska przecież podpisała czyli do zapisu, że „Nikt nie może być poddany torturom ani nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu.” dodam jeszcze tyle, że…

Dla kobiety, która nosi pod swoim sercem dziecko zarówno świadomość, że być może dziecko to będzie żyło bez niej, jak i świadomość, że będzie w takim stanie, że nie będzie mogła tego dziecka myć, karmić, ubierać, wychowywać, wspierać jest koszmarna. Bo każda z nas chce swojemu dziecku dać pełnię siebie. Chce móc uczestniczyć w życiu dziecka od pierwszego głośnego krzyku.

Oczywiście, są mamy, które z problemami zdrowotnymi borykają się od zawsze albo od wielu lat. Mamy jeżdżące na wózku, mamy niewidzące, mamy niesłyszące. One mają o tyle „łatwiej”, że do swojej niepełnosprawności przyzwyczajają się przez lata.

Pamiętam program w telewizji o kobiecie, która nie miała obu rąk. Miała dom, męża, dziecko. Umiała zrobić wszystko. Bez rąk gotowała. Bez rąk przewijała. Ale jak sama twierdziła, umiała to tylko dlatego, że straciła ręce w dzieciństwie i miała czas nauczyć się tego wszystkiego.

Są też takie mamy, które nawet słysząc diagnozę „nowotwór” decydują się najpierw urodzić dziecko, a dopiero później przejść leczenie. Bardzo je podziwiam. Podziwiam je przede wszystkim za to, że podejmują decyzję wbrew wszelkim zasadom logiki. Wbrew całemu światu. Ale trzeba pamiętać, że to jest ich decyzja. Ich i nikogo więcej.

Podobnie jest w przypadku, gdy przesłanką do usunięcia ciąży jest duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Tu też powinna decydować mama dziecka. Bo to ona być może będzie musiała zmierzyć się z życiem bez wymarzonego dziecka po tym, jak przez 9 miesięcy mówiła do „brzuszka”, śpiewała, wyobrażała sobie jak to będzie już po.

Pamiętacie tzw. aferę Chazana? Jako dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie odmówił on wykonania legalnej aborcji kobiecie, której dziecko urodziło się z tak poważnymi wadami, że umarło kilka dni po porodzie. Nie wskazał też pacjentce- choć zobowiązują go do tego przepisy – innego lekarza lub placówki, gdzie mogłaby wykonać zabieg.

Kobieta chciała oszczędzić sobie i swojemu dziecku cierpienia. Nie udało się. Nie uszanowano jej decyzji choć była zgodna z obowiązującym prawem.

Nie oceniam czy była to słuszna decyzja, czy też nie. Ale zwyczajnie… miała prawo ją podjąć.

Wiem, że są rodzice, którzy nawet, gdy wiedzą, że ich dziecko nie będzie miało szansy na normalne życie, zdecydują się na to, by dziecko przyszło na świat. Tutaj przykładem jest amerykańska para, która podjęła taką decyzję i przeżyła wraz z synkiem, który urodził się z tzw. bezmózgowiem 8 godzin. Zdążyli go nakarmić, wykąpać, przytulić, pocałować. Nagrali także filmik, który jest dostępny na youtube: klik

Ale to też była ich decyzja.

W czasie ciąży dwukrotnie miałam robione USG genetyczne. Za każdym razem oboje z przepisowym tatą wstrzymywaliśmy oddech, gdy lekarz choć na chwilę zamilkł. A gdy zamilkł na dłużej słuchając bicia serca naszego dziecka kilkakrotnie, ta chwila była jak wieczność. Nie wiem jaką podjęlibyśmy decyzję, gdyby okazało się, że dziecko nie ma szansy żyć. I pewnie żadna nie byłaby dobra. Ale w aktualnym stanie prawnym mielibyśmy do takiej decyzji prawo.

Takie prawo ma także kobieta, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu. Ma prawo zdecydować czy będzie w stanie pokochać dziecko, które będzie jej zawsze przypominać o tym, co się stało.

Tu właśnie o to chodzi. O prawo do podjęcia decyzji. Decyzji o naszym – kobiet – ciele, o naszej przyszłości, o przyszłości naszego dziecka.

O to prawo, które być może niedługo zostanie nam odebrane.

Dlaczego? Dlatego, że Episkopat chce narzucić prawa religijne całemu społeczeństwu, które przecież nie jest w 100% katolickie. A tymczasem… ja nie znam żadnej prawdziwie wierzącej i praktykującej katoliczki, która dokonałaby aborcji. Niezależnie od sytuacji.

Ciekawe, prawda?

Zwolennicy całkowitego zakazu aborcji na pewno przytoczyliby mi jako prawnikowi także taki argument, że dziecko jest chronione prawem już od momentu poczęcia. I to prawda, ale… są konkretne przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze dziecko już poczęte, ale jeszcze nie narodzone (tzw. nasciturus) ma prawo dziedziczenia po swoich rodzicach, w praktyce po ojcu. Chodzi o zabezpieczenie interesów majątkowych tego dziecka na wypadek, gdyby tata umarł nim dziecko przyjdzie na świat.

Po drugie zdarza się tak, że jeszcze w czasie ciąży u dziecka stwierdzone zostają pewne wady, które można skorygować lub wyleczyć jeszcze u mamy w brzuszku. Gdyby dziecko poczęte nie miało przyznanej tzw. warunkowej zdolności prawnej, nie mogłoby być pacjentem. I nie można by mu było pomóc. A to z kolei byłby absurd.

Podobnym absurdem byłoby (a może – mam nadzieję, że jednak nie – będzie) całkowity zakaz aborcji.

Do czego to doprowadzi?

Kobiety, które mają na to pieniądze, i tak usuną ciążę. Jako obywatelki Unii Europejskiej mają prawo do świadczeń zdrowotnych na terenie całej Unii. Pojadą, zapłacą i problem z głowy.

Kobietom, które tych pieniędzy nie mają, zostanie szukanie „specjalistów” w kraju, zwiększenie ryzyka powikłań i śmierci. Podziemie się rozrośnie. Ale będzie dobra zmiana, ktoś zarobi mnóstwo pieniędzy.

Może troszkę przesadziłam, bo przecież to nie jest tak, że co druga kobieta idzie usunąć ciążę… ale zwyczajnie … Nie chcę, byśmy cofali się do średniowiecza. Nie chcę, by prawa kobiet były łamane. Chcę, byśmy mogli decydować o swoim ciele i psychice. Czy to naprawdę tak dużo? Przecież nawet opierając się o słowa Pisma Świętego trzeba przyznać, że Bóg dał człowiekowi wolną wolę… Po co by to robił, gdyby nie uznawał tego za słuszne?

Prawa do zdjęcia należą do: Bill Davenport