Poród rodzinny – za i przeciw

 bocianCiąża – zwłaszcza pierwsza – to dla przyszłych rodziców czas wielu pytań, szukania odpowiedzi  i podejmowania przeróżnych decyzji, począwszy od tego jakie łóżeczko kupić dla dziecka, a skończywszy na wyborze imienia dla maleństwa. W pewnym momencie kobieta musi też zastanowić się nad tym, czy chce rodzić z mężem (partnerem), czy sama, a ów partner musi wiedzieć i powiedzieć czego on chce 🙂

Przez stulecia poród zarezerwowany był wyłącznie dla kobiet. Przeżywany samotnie bez wsparcia ukochanego mężczyzny u boku. Poród – pierwszy moment nawiązania więzi z dzieckiem już na zewnątrz brzuszka. Od pewnego czasu jak najbardziej możliwy jako wspólne doświadczenie obojga rodziców.

Jakie argumenty przemawiają za porodem rodzinnym, a jakie przeciw? Jakie odczucia wywołuje poród rodzinny u kobiet, a jakie u mężczyzn? Co sprawia, że pary decydują się na to, by być razem w czasie porodu? Dziś na blogu 2 spojrzenia na poród rodzinny – z perspektywy kobiety i z perspektywy mężczyzny.

Przepisowa mama:

Dawno już planowałam napisać o porodzie rodzinnym. I wciąż jakoś odkładałam ten temat na później, ale w ostatnią sobotnią noc powróciły wspomnienia sprzed kilku lat… Co ciekawsze, wspomnienia nie z sali porodowej, a z… pociągu.

Nie, nie zafundowałam  personelowi PKP możliwości uczestniczenia w porodzie ani dożywotniej darmowej jazdy koleją córeczce :P. Po prostu na długo przed tym niż nasze dziecko pojawiło się choćby w planach, miałam okazję jechać nocnym pociągiem z położną z Częstochowy. Dobrze, że nie z Krakowa, bo może usłyszałabym jeszcze więcej o tym, jak to niedobrze dla związku, gdy ludzie decydują się na poród rodzinny i w konsekwencji nie urodziła córeczki wspólnie z przepisów tatą.

Widok partnerki rodzącej dziecko miał w ocenie mojej współpasażerki oddziaływać na mężczyznę lepiej niż wszelkie środki hamujące popęd płciowy. Wychodziło więc na to, że wspólny poród to nic innego jak początek… końca wspólnego życia, bo przecież tam, gdzie nie ma seksu, nie ma i związku. 

Tak oto w środku nocy (i środku Polski) otrzymałam złotą radę – nigdy, ale to przenigdy nie rodzić wspólnie z partnerem.

Cóż, nikt nie twierdzi, że trzeba stosować się do wszystkich rad, jakich udziela nam świat. A ja na dodatek jestem przekorna. Chciałam obecności przepisowego taty podczas porodu. Wspólnie robiliśmy test ciążowy, razem jeździliśmy na badania USG czy KTG, nie widziałam więc powodu, dla którego nie mielibyśmy wspólnie przeżyć najważniejszego wydarzenia związanego z ciążą 🙂 Ale… to, że ja tego chciałam, nie oznacza, że miałam ambitny plan przekonać do tego mężczyznę za wszelką siłę. Nie. Liczyłam na to, że po prostu poczuje to samo, co ja – że to tak niesamowite wydarzenie, że grzechem byłoby w nim nie uczestniczyć.

Nie wiedziałam jak będzie. Słyszałam opowieści o kobietach, które podczas porodu przeklinały swoich partnerów. Słyszałam o facetach wymagających na sali porodowej więcej zainteresowania samymi sobą niż ich partnerką i dzieckiem (bo np. zrobiło im się słabo).

Z drugiej strony słyszałam też o tym, jak sama obecność najbliższego człowieka pomaga kobiecie w czasie porodu. Świadomość, że ten kochany człowiek jest, że mówi do niej, trzyma za rękę.

Wiedziałam też, że wiele par przed godziną „0” ćwiczy wspólnie w szkołach rodzenia, a my nie. A mimo to chciałam spróbować. I spróbowałam.

Nie przeklinałam. Nie gryzłam. Nie warczałam.

Przepisowy tata nie zemdlał, nie stracił głowy i bardzo mi pomagał – choćby przy tak prostej czynności, jak podawanie wody do picia – sama zwyczajnie nie dałabym rady, ciśnienie za bardzo skakało. Przeciął pępowinę 🙂 I uwaga… zrobił zdjęcia świeżo narodzonej córeczki leżącej na moim brzuszku jeszcze przed odcięciem pępowiny. O fotografowaniu (na jego szczęście) powiedział mi dopiero, gdy byłyśmy już na sali poporodowej. Gdyby powiedział coś wcześniej, to nie wiem czy jednak bym nie klęła :P. Z perspektywy czasu myślę, że to bardzo prywatna, bardzo osobista pamiątka i cieszę się, że ją mamy 🙂 Ale do takiego myślenia musiałam dojrzeć.

Przepisowy tata:

Nie jestem mężczyzną nowoczesnym, jestem raczej tradycjonalistą, więc jeżeli chodzi o poród, zawsze uważałem, że to „zajęcie” wyłącznie dla kobiety.

Kiedyś się nawet mówiło, że mężczyźni rozmawiają o wojsku, a kobiety o porodach. W sumie  było to racjonalne w czasach, kiedy każdy prawdziwy facet musiał „odbębnić” obowiązkową służbę wojskową, a wiedzę o porodzie mógł jedynie zaczerpnąć z opowiadań kobiet lub z filmów dokumentalnych. Ani jedno, ani drugie nie należało do zajęć zajmujących głowę przeciętnego faceta. Czasy się zmieniły – do wojska już nie biorą na siłę, a w podejściu do porodu nastąpiła istna rewolucja i stworzyła szansę na uczestnictwo w nim także mężczyzn. Niestety mentalnie wielu mężczyzn pozostało w tamtych czasach.

Kiedy moja partnerka zasugerowała mi uczestnictwo w porodzie, moją pierwszą myślą było: „ale po co?” Poczułem się trochę jak przysłowiowe piąte koło u wozu.

Początkowo nie określiłem się ani na „tak”, ani na „nie”. Ona niczego nie wymuszała, nie naciskała, ale zasiała „ziarno” w mojej głowie, które szybko zaczęło kiełkować.

Chyba wszystkie możliwe stereotypy przemawiały przeciw. Jednak wbrew logice jedno uczucie zaczęło zwyciężać stereotypy – uczucie pradawne i bardzo silne – chęć poznania nowego. Jednocześnie pojawiła się obawa, że jak teraz się nie zdecyduję, mogę już nie mieć następnej szansy. Dlatego ostatecznie podjąłem decyzję na „tak”.

Już po porodzie wiedziałem, że to niesamowite doświadczenie, że choć z jednej strony byłem tylko obserwatorem, to z drugiej równocześnie ważnym uczestnikiem. Bynajmniej nie czułem się „piątym kołem”.

Poziom emocji jest tak wysoki, że późniejsze wspomnienia mają w sobie ślady jakiejś metafizyki i pewnie tak bym to wspominał – jako coś pośredniego między snem a jawą, gdyby nie jeden moment…wręczenie nożyczek przez położną i jej twarde „tnij pan” ze wskazaniem na pępowinę :P. Wbrew pozorom nie jest to tak banalnie proste jak przecięcie wstążki otwierającej nową inwestycję przez dygnitarza. Pępowina to twardy „przeciwnik” 😉

Poród rodzinny to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, więc gorąco polecam i ostrzegam – nie prześpijcie tego i za nic w świecie nie dajcie sobie tego odebrać!

Przepisowa mama:

Wiem, że wszyscy mężczyźni, którzy byli obecni przy narodzinach swoich dzieci, są z siebie bardzo dumni… I wiecie co? Mają ku temu powody 🙂

Podsumowując:

Argumenty za porodem rodzinnym:

  • pogłębianie więzi między partnerami,
  • budowanie więzi z dzieckiem przez oboje rodziców już od pierwszych chwil,
  • wsparcie dla kobiety,
  • poznanie „nieznanego” przez mężczyznę.

Argumenty przeciwko porodowi rodzinnemu:

  • brak zaufania między partnerami,
  • niechęć jednego z partnerów do wspólnego przeżycia porodu,
  • poczucie dyskomfortu psychofizycznego u kobiety (w mojej ocenie związane jest to z brakiem zaufania do partnera).

 

Tak widzimy to my – przepisowi rodzice, ale może dopisalibyście coś do listy argumentów? Albo macie ochotę podzielić się Waszymi doświadczeniami? Będzie mi miło 🙂

Prawa do zdjęcia należą do: Jenny Rollo