To może być Twoje dziecko

jamie-lee-1385122-1278x779Zdarzyło Ci się zostawić dziecko pod opieką babci, ciotki, sąsiadki, koleżanki? A może to Ty zostałaś poproszona o opiekę nad czyjąś pociechą? Na chwilę, na kilka godzin, na noc? Nie uwierzę, gdy powiesz, że żadna z tych sytuacji nigdy nie miała miejsca :)

A czy myślałaś czasem co się stanie, jeżeli dziecko w tym czasie złamie rękę, wypije płyn do mycia naczyń albo dojdzie do jeszcze większego nieszczęścia?

Wyobraź sobie, że wyjeżdżasz ze swoją kilkuletnią pociechą, chcąc skorzystać z zimowej aury. Razem z Tobą jedzie koleżanka ze swoim synkiem. Nie jedziecie daleko, ot – godzinka, może półtorej od domu. Ale jedziecie tam, gdzie obok są las, jezioro, przestrzeń do wybiegania się przez dzieciaki.

Dzień po przyjeździe odbierasz telefon. Musisz odebrać z pracy dokumenty. I musisz to zrobić teraz zaraz już. Możesz pojechać i wrócić. W tę i z powrotem nawet wliczając korki nie zajmie Ci to więcej niż 3, może 4 godziny. Pojawia się pytanie: co zrobić z dzieckiem? Czy ciągnąć je ze sobą, czy może zostawić pod opieką koleżanki? Zabrać – źle, zostawić – też źle. Zabierzesz – dziecko się zmęczy niepotrzebną podróżą, zostawisz – przerzucisz odpowiedzialność za dziecko na koleżankę. Będziesz zamartwiać się przez całą drogę…

Nie wiem co bym zrobiła w takiej sytuacji, może uparłabym się, żeby ktoś te wszystkie dokumenty zeskanował i wysłał mi na maila? Może pojechałabym i zabrałabym swoją córeczkę ze sobą? A może nie?

Załóżmy, że Ty decydujesz się na to, by jechać sama. Dziecko zostaje przecież ze swoim kolegą. Oboje będą pod opieką drugiej mamy, nic złego się przecież stać nie może.

A jednak. Wracasz i dowiadujesz się, że koleżanka zabrała dzieci na ślizgawkę na jeziorko. I że lód się załamał, a Twoje dziecko wpadło do lodowatej wody i spędziło w niej kilkanaście minut czekając na wyciągnięcie. Efekt – gorączka, wyziębienie, kaszel, widmo zapalenia płuc i odmrożeń.

Jesteś zarazem przerażona, wściekła, rozgoryczona, rozżalona? Szlag Cię trafia na nieodpowiedzialność koleżanki i czujesz, że nigdy już nikomu nie powierzysz swojej pociechy? Nie dziwię się, myślę, że mój wrzask w takiej sytuacji słyszeliby mieszkańcy wsi w obrębie najbliższych 20 kilometrów.

Krzyk to jednak oznaka słabości, wyraz nerwów i desperacji, a tu trzeba spokoju (przede wszystkim dla dziecka, które już i tak miało stresujący dzień) i chłodnej analizy zdarzeń i ich konsekwencji.

I tu dochodzimy do sedna problemu: Jaka odpowiedzialność ciąży tak naprawdę na osobie, której powierzamy nasze dziecko?

Odpowiedzialność karna? Tak, zdecydowanie. Odpowiedzialność cywilna? Ależ owszem. Dziś kilka słów o odpowiedzialności karnej.

Znalazłam dwa przepisy, które wyraźnie mówią o odpowiedzialności karnej osoby, która zobowiązała się do opieki nad dzieckiem, a z tej opieki się nie wywiązała.

Jednym z nich jest art. 106 kodeksu wykroczeń. Wprowadza on karę grzywny lub nagany za dopuszczenie do przebywania przez dziecko w wieku do 7 lat w okolicznościach niebezpiecznych dla jego zdrowia przez osobę, która zobowiązała się do opieki nad nim.

W opisanej powyżej sytuacji do takiego wykroczenia na 100% doszło – pięcioletnie dziecko zostało pod opieką osoby dorosłej, która dopuściła do tego, by znalazło się na cienkiej tafli lodu i wpadło do zimnej wody.

Pytanie brzmi czy zawiadomimy o tej sytuacji odpowiednie organy (policję lub prokuraturę). Czy przeważy myślenie, że na szczęście nic się nie stało, dziecko nie utopiło się, jest całe, może nie do końca zdrowe, ale całe, czy może wściekłość tak wielka, że jeszcze z dzieckiem zawiniętym w koce pojedziesz do najbliższego komisariatu.

Na pewno trzeba się zastanowić nad tym czemu koleżanka pozwoliła na to, by dzieci weszły na lód. Czemu zabrała je nad jeziorko, a nie na spacer po lesie?

Może po Twoim wyjeździe wypiła sobie 2 piwka, które zaszumiały jej w głowie i sprawiły, że tak naprawdę nie powinna w ogóle zajmować się dzieckiem? A może nie? Może po prostu nie pomyślała, że tafla lodu będzie tak kusząca dla Twojego szkraba, że wbiegnie nań radośnie nim zdąży zareagować?

Od odpowiedzi na takie pytania zależy czy popełniła wykroczenie umyślnie, czy nieumyślnie. Bo niewątpliwie takie wykroczenie popełniła. Od strony prawnej nie ma znaczenia, że dziecku nic się w sumie nie stało. Tu wystarczy sam fakt niedopełnienia obowiązku opieki, który stworzył niebezpieczeństwo uszkodzenia zdrowia dziecka.

Innym przepisem, który mówi o odpowiedzialności osoby zobowiązanej do opieki m. in. nad dzieckiem jest art. 160 kodeksu karnego. Mówi on o tym, że narażenie człowieka (a więc także dziecka) na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu podlega karze pozbawienia wolności. W wypadku osoby zobowiązanej do opieki kara taka wynosi od 3 miesięcy do 5 lat.

W stworzonej przeze mnie historyjce o dziecku, pod którym pękła lodowa powierzchnia jeziorka, na pewno zaistniało bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Dziecko mogło przecież się utopić.

Myślicie, że wybrałam zbyt drastyczny przykład? A co powiecie np. na „lekkie” ubranie dziecka przez ciocię w mroźny zimowy dzień? Albo na niepodawanie przez nianię leków, jakie zalecił dziecku lekarz? A co na trzymanie środków chemicznych w zasięgu dziecka przez przyjaciółkę, u której bywa Twoje dziecko?

To tylko przykłady, ale trzeba pamiętać o tym, że narażanie dziecka na jakiekolwiek niebezpieczeństwo grozi odpowiedzialnością karną. Także przez osobę, która opiekuje się dzieckiem nie jako rodzic, wychowawca czy niania. Także wtedy, gdy opieka trwa kilka minut.

Przy dziecku – małym i dużym – trzeba mieć oczy naokoło głowy. Ale te oczy nie mogą koncentrować się tylko na dziecku, muszą też dostrzegać niebezpieczne rzeczy i sytuacje i przekazywać do naszych głów sygnał, że trzeba je eliminować.

Prawa do zdjęcia należą do: Simon Jackson

6 thoughts on “To może być Twoje dziecko

  • 29 stycznia 2016 o 7:57 pm
    Permalink

    Bardzo przydatny post i daje do myślenia. Rzadko zostawiam z kimś córkę, bo nawet gdy do kogoś idziemy z zapowiedzią to nikt nie jest przygotowany na raczkującego malucha – chociaż doskonale o tym wiedzą. Ostatnio u mojej babci ( z którą miałam opcję zostawiać córkę gdybym chciała wrócić do pracy ), która doskonale wie że trzeba bardzo uważać z maluchami, miała mnóstwo różnych drobnych rzeczy na dywanie i żelazko na rozstawionej desce. Oprócz zagrożeń były także przeziębione dzieci mojej cioci, o czym nie wiedziałam i nikt mnie nie ostrzegł. Wyszłam wkurzona, a teraz mam zasmarkane dziecko… :-(

    Odpowiedz
    • 29 stycznia 2016 o 11:57 pm
      Permalink

      I właśnie tak to działa. Ktoś się nie zastanowi choćby nad powiadomieniem o przeziębieniu dzieci, a później Ty się martw, Ty tul, bujaj i uspokajaj swoje dziecko czy wręcz biegaj po lekarzach i aptekach. Na myśl o żelazku aż mnie dreszcz przeszedł. Drobne rzeczy w zasięgu ręki i co gorsza buzi dziecka też koszmar. Ludzie rzadko myślą o tym, że takie „zwykłe” przedmioty to zagrożenie dla dziecka. Wiem, że nie można oczekiwać od nikogo, by zatykał kontakty czy obijał osłonkami rogi mebli przed wizytą malucha, ale… takie podstawowe odruchy, żeby schować żelazko czy różne drobiazgi jednak powinny tkwić głęboko… zwłaszcza u ludzi, którzy też kiedyż mieli dzieci, jak Twoja Babcia :)

      Odpowiedz
  • 5 lutego 2016 o 3:33 am
    Permalink

    Jako 4 letnie dziecko zostałam „odstawiona” do babci (mamy mojej mamy). Babcia szykowala jakąś imprezę rodzinną – chyba swoje imieniny. Ciasto już stało na stole, tort też i wszystko inne. Dziadkowie zaczęli parzyć kawę dla gości, którzy dali znać, że za chwilę będą. Dziadek zaczął znosić kawę na stół, na którym stał też mój soczek. Gorące napoje co prawda nie były postawione na samym brzegu stołu, ale dziadek przesunął też dalej od brzegu ten właśnie sok. Ja jak to małe dziecko gdy zobaczyłam że mi ten sok „zabierają” to chciałam go od razu wziąć ze stolika. Dziadek poszedł parzyć w kuchni kolejne porcje kawy a ja wskoczyłam nieudolnie na stół po sok, ale zamiast niego chwyciłam obrus i oblałam się gorącym napojem. Mało tego rączkami przytrzymałam przez ubrania miejsca, które najbardziej mnie patrzyły (brzuch i noga) i ucieklam chowając się za szafę. Babcia zorientowała się dopiero po jakimś czasie.. Ale to nie koniec, Bo gdy mnie znalazła nie wiedziała dokładnie co robić i zamiast w tych przywartych (przylepionych ) ubraniach wrzucić mnie do zimnej wody najpierw je ze mnie zmarła.. razem ze skórą. Rany były tak głębokie, że wzywali karetkę. Później 2 tygodnie w szpitalu, 6 miesięcy zmiany opatrunkow bo babrało się niesamowicie, A na koniec leczenie masciami, bo na lasery i inne lepsze rzeczy nas stać nie było. Efekt jest taki, że mam 23lata i już nie blizny A bliznowce. Na nodze wielkości ręki a na brzuchu jakby odcisk swoich palców. Nikomu nie oddam pod opiekę dziecka.

    Odpowiedz
    • 5 lutego 2016 o 1:30 pm
      Permalink

      Doskonale rozumiem i bardzo Pani współczuję takich doświadczeń :(, tym bardziej, że na zawsze został po nich ślad i fizyczny, i psychiczny. Nie jestem specjalistą, ale może istnieje jakiś sposób, by nawet teraz Pani pomóc?
      Wierzę, że Pani dziadkowie chcieli dobrze, myśleli, że przesunięcie wszystkich napojów na środek stołu zabezpieczy Panią przed nimi. Nie doceniamy dzieci. To, że wskoczyła Pani na stół po swój soczek jest naturalnym odruchem dziecka. Raz, że będzie chciało wejść wszędzie, gdzie się da (albo i nie da), dwa, że „moje” to „moje” i nie wolno tego zabierać.
      Pani historia pokazuje bardzo wyraźnie, że nawet, gdy opiekun stara się zapewnić dziecku bezpieczeństwo, może przeoczyć jakiś element myślenia samego dziecka i niestety dojdzie do tragedii :( Dziękuję, że Pani o tym napisała. Może dzięki temu jakiś rodzic lub opiekun będzie bardziej uważał, a jakieś dziecko uniknie takich przeżyć.

      Odpowiedz
      • 5 lutego 2016 o 4:55 pm
        Permalink

        Dziadkowie oczywiście nie chcieli mi zrobić krzywdy i o tym jestem przekonana :). Najgorsze lata minęły kiedy wstydziłam się swojego ciała. Teraz już przyzwyczaiłam się do mojego widoku :). Można zrobić przeszczep aczkolwiek prawdopodobnie się on nie przyjmie, bo blizny są bardzo głębokie. Stwierdziłam, że nie warto robić kolejnej by pobrać próbkę do przeszczepu.
        Napisałam to, by zwrócić uwagę na takie małe a ile znaczące szczegóły.
        Serdecznie pozdrawiam :)

        Odpowiedz
        • 5 lutego 2016 o 5:58 pm
          Permalink

          Rozumiem Pani decyzję. I bardzo się cieszę, że Pani napisała :) Ma Pani rację – wydawałoby się, że to małe szczegóły, a mogą się przyczynić do dużego nieszczęścia. Przy dziecku trzeba po prostu uważać 24 godziny na dobę niezależnie od tego, co robimy i gdzie jesteśmy.
          Również serdecznie Panią pozdrawiam i zapraszam tu częściej :)

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *