Święto Trzech Króli – jak wytłumaczyć je dziecku?

Święto Trzech Króli – jak wytłumaczyć je dziecku?

Jako ojciec dwójki przedszkolaków, zdążyłem się już przyzwyczaić, że każde święto w naszym domu kończy się serią pytań, przy których egzamin z fizyki kwantowej wydaje się spacerem w parku. Styczeń 2026 roku nie był pod tym względem łaskawy. Gdy tylko opadł kurz po sylwestrowych konfetti, moje dzieci zauważyły na drzwiach sąsiadów dziwne napisy kredą, a w kalendarzu czerwoną kartkę. „Tato, czy ci królowie to tacy z bajki o Shreku?” – zapytał starszy syn, a ja wiedziałem, że muszę szybko wymyślić narrację, która przetrwa starcie z dziecięcą logiką w świecie zdominowanym przez tablety i szybkie informacje.

Moja metoda na tłumaczenie trudnych spraw jest prosta: zamieniam historię w wielką wyprawę, bo każde dziecko kocha przygodę. Powiedziałem im, że Trzej Królowie to nie byli po prostu panowie w koronie, którzy siedzieli na tronach, ale najwięksi podróżnicy i naukowcy swoich czasów. Porównałem ich do współczesnych astronautów albo poszukiwaczy skarbów, którzy nie mieli Google Maps ani GPS-a, a jedynie ogromną wiedzę o gwiazdach i odwagę, by ruszyć w nieznane. To od razu chwyciło ich wyobraźnię. Zamiast nudnego wykładu, opowiedziałem o trzech mędrcach, którzy zobaczyli na nocnym niebie coś tak niezwykłego, że postanowili spakować walizki i zaufać blaskowi nad horyzontem, szukając czegoś ważniejszego niż złoto.

Dary, które brzmią jak zagadka – złoto, kadzidło i mirra

Najtrudniejszym momentem było wyjaśnienie symboliki darów, bo umówmy się – kadzidło i mirra nie brzmią dla pięciolatka jak wymarzony prezent pod choinkę, zwłaszcza gdy pod nią niedawno leżały nowe klocki. Tutaj posłużyłem się metaforą wartości, które są ponadczasowe. Złoto było najprostsze do wytłumaczenia – to znak, że mały Jezus był dla nich kimś wyjątkowo ważnym, prawdziwym „królem serc”. Kadzidło opisałem jako magiczny zapach, który w tamtych czasach unosił się tylko w najbardziej uroczystych miejscach, coś jak nasza najlepsza świeczka zapachowa, która ma nam przypominać o chwilach, gdy warto się zatrzymać i pomyśleć o czymś więcej niż tylko o kolejnym odcinku bajki.

Najwięcej problemów sprawiła mirra, ale ugryzłem to od strony troski o zdrowie i bliskości. Wyjaśniłem moim dzieciom, że to taki starożytny, bardzo drogi i naturalny balsam leczniczy. Powiedziałem im, że królowie przynieśli go, bo chcieli pokazać, że troszczą się o maluszka, by zawsze był silny i odporny. W świecie, gdzie w 2026 roku tak bardzo dbamy o zdrowie i ekologię, ta wizja naturalnego lekarstwa bardzo do nich trafiła. Zrozumieli, że dary nie zawsze muszą być plastikowe, by miały ogromną moc.

Dar Królewski Moje tłumaczenie dla dziecka Co to oznacza dla nas dzisiaj?
Złoto Prezent dla kogoś najważniejszego na świecie. Docenianie wartości drugiego człowieka.
Kadzidło Zapach, który unosi się prosto do nieba. Nasze dobre myśli i chwile wyciszenia.
Mirra Cudowny balsam, który koi i leczy. Dbanie o zdrowie i czułość wobec innych.

K+M+B na drzwiach, czyli rodzinny kod WiFi do szczęścia

Kiedy nadszedł moment pisania kredą na drzwiach, zamieniliśmy to w nasz własny, rodzinny rytuał, który dzieci uwielbiają, bo w końcu mogą legalnie pisać po meblach lub ścianach. Nie skupiałem się na zawiłych łacińskich formułach „Christus Mansionem Benedicat”, bo wiedziałem, że to dla nich zbyt abstrakcyjne. Wytłumaczyłem synom, że te litery to taki „kod powitalny” dla dobra. Napisanie K+M+B na futrynie to dla nas znak, że nasze drzwi są otwarte dla gości, a w środku mieszka rodzina, która chce, by w ich domu gościł pokój i radość przez cały 2026 rok. Dzieciom spodobało się porównanie do hasła WiFi – bez niego trudno się połączyć ze światem, a bez tego napisu trudno czasem pamiętać o gościnności.

Często powtarzam moim dzieciom, że w tej historii wcale nie chodzi o złote korony czy wielbłądy, ale o to, że warto szukać dobrych rzeczy w życiu, nawet jeśli droga do nich jest daleka i męcząca. Tak jak mędrcy szukali skromnej stajenki, tak my w styczniu szukamy okazji, by być dla siebie po prostu lepsi, mimo zimowej aury i zmęczenia po świętach.

Orszak, który uczy wspólnoty bez smartfona w ręku

Na koniec wybraliśmy się na lokalny Orszak Trzech Króli, który w 2026 roku stał się w naszym mieście jeszcze bardziej kolorowy i radosny. Zamiast tłumaczyć teologię każdego gestu czy pieśni, po prostu daliśmy się ponieść wspólnemu śpiewaniu i atmosferze. Moim zdaniem, dzieci najwięcej uczą się przez obserwację autentycznych emocji rodziców. Jeśli widzą, że dla nas to święto jest radosnym domknięciem okresu Bożego Narodzenia, a nie tylko kolejnym „czerwonym dniem” w kalendarzu, same zaczynają czuć tę magię. To była piękna lekcja tego, że choć każdy z nas jest inny – tak jak trzej królowie pochodzili z różnych stron świata – to wszyscy możemy iść w tym samym kierunku.

W całym tym procesie tłumaczenia świata najważniejsze jest dla mnie to, by nie przesadzić z nadmierną powagą, która mogłaby ich zniechęcić. Święto Trzech Króli to przecież opowieść o nadziei i o tym, że warto podążać za swoim wewnętrznym światłem. I choć w 2026 roku nasze codzienne „gwiazdy” to częściej powiadomienia w smartfonie i pilne maile, staram się uczyć moich chłopców, by czasem podnieśli głowę wyżej, spojrzeli w niebo i znaleźli własne, ważne cele, które wymagają od nich odwagi mędrców sprzed wieków.

Dziś, gdy moje dzieci patrzą na kredowy napis na naszych drzwiach, nie widzą tylko trzech białych liter. Widzą wspomnienie o gwieździe, wielbłądach i o tym, że nawet dorośli faceci w koronach potrafią się szczerze cieszyć z małych, dobrych rzeczy. I to jest chyba najlepsza lekcja, jaką mogłem im dać na progu tego nowego roku.

Dzisiejszy artykuł podesłał pan Adam Furczała.